Menu

Quantum of Solace, W. Brytania / USA 2008

9 grudnia 2009 - Recenzje

Wygląda na to, że Blofeld podskakuje z radości w tym swoim kominie… Bowiem mamy okazje przekonać się na kinowym ekranie jak Bond jest uśmiercany – a organizacja za tym stojąca zarobi na tym setki milionów dolarów. To niestety nie jest już film o przygodach Jamesa Bonda, to tylko kolejna odsłona sensacji postbourneowskiej. Ale niestety prawie niczym się z tego tłumu naśladowców nie wyróżnia. Oczywiście budżet jest duży, więc i eksplozje są efektowne, pościgi szybkie a trupów sporo. Ale przecież nie o to chodzi. Nie w tej serii. A tu tylko pojedyncze rzeczy nawiązują do kanonu tego cyklu i to dość drobne. Jak styl ubierania się Bonda czy też cały wątek Miss Fields

W dodatku – przynajmniej moim zdaniem – zawodzi sporo technicznych rzeczy. Szybki montaż i chaotyczne zdjęcia są tutaj podkręcone do maksimum i przez to w większości przypadków scen akcji nie wiadomo co się dzieje. Jakoś 3 cięcia montażowe na sekundę i kamera w rękach epileptyka nie jest w mojej definicji dającego się oglądać kina. Zresztą, w „Quantum of Solance” zachwiana została proporcja akcji do scen „gadanych” – są one tylko drobnym przerywnikiem, który ma uspokoić troszkę widza przed kolejną dawką adrenaliny. I następuje przesyt, który powoduje, że kulminacyjny finisz, mija dość obojętnie – bo ani bijatyka nie jest zbyt krwawa, jaki i eksplozja zbyt okazała.

Kolejnym minusem jest muzyka, na czele z piosenką z czołówki. Chciałbym powiedzieć, że jeszcze słabsza od tej z „Casino Royal”, ale niestety nie jestem jej w stanie sobie przypomnieć. Jako jedynej z piosenek bondowskich. Wydaje mi się, że podobny los czeka i „Another way to die”. A szkoda – bo w końcu kiedyś te piosenki zawsze zostawały przebojami i to pamiętanymi po latach. Co z resztą muzyki? Cóż, taka nijaka i stanowiąca sztampową ilustrację scen pod które jest podłożona.

A co z plusami filmu? Hmmm, mało ich i takie dość nijakie są. Bo dziewczyny są ładne w każdej sensacji, samochody zresztą też. Onelinerów i typowo bondowskich tekstów jak na lekarstwo. Nawet złoczyńca taki mocno bezpłciowy jest. Ani złowieszczy, ani obłąkany, ani nawet kota nie ma. Jeśli porównać go z liczną armią jego poprzedników to wręcz żałosny. No ale cóż począć. Parafrazując stare polskie powiedzenie – to jest wróg na miarę możliwości tego filmu. Niewielkich…

Moja ocena: 3/10

Share