Menu

Wall Street: Pieniądz nie śpi (Wall Street: Money Never Sleeps), USA 2010

27 września 2010 - Recenzje

Przed obejrzeniem tego filmu miałem okazję przeczytać w jednej z gazet recenzję tego filmu, która porównywała go do radzieckich propagandówek opisujących krwiożerczych kapitalistów. I rzeczywiście sposób opisywania mechanizmów rządzących Wall Street przypomina tą poetykę. Zapewne przyczyny jakie stały za wybuchem kryzysu z 2008 są dość podobne do tego co widzimy w kinie, ale nie jest to chyba powód do pokazywania całego świata finansjery w czarno-białej tonacji, bez kolorów pośrednich. Rozumiem, że wśród rekinów Wall Street są ludzi którzy kierują się niskimi pobudkami czy też żądzą zysku – ale chyba nie stanowią oni 100% tam zatrudnionych. Tak samo zresztą nie zostałem przekonany do teorii iż czysta energia jest już wynaleziona, tylko źli kapitaliści nie chcą w nią zainwestować by stała się codziennością.

A już szczytem ograniczonego widzenia świata przez twórców filmu jest zakończenie, które dużo bardziej pasowałoby do wczesnych filmów Disneya, niż jakiegokolwiek poważnego filmu opisującego świat finansjery. Bo ciężko jest uwierzyć zmianę twardego realisty w ciepłego dziadka, czy też w to że jeden zwolniony pracownik może jakimś oskarżającym artykułem wstrząsnąć wielkim giełdowym bankiem. Szczególnie w świecie w którym tego typu „rewelacje” są codziennie ignorowanym folklorem…

Ucztą dla oczu jest Michael Douglas. Jego Gordon Gekko, pomimo upływu czasu nadal jest magnesem przyciągającym uwagę i uwodzącym swoją wizją świata w którym obowiązuje prawo dżungli. I jakoś nie dziwimy się, jak łatwo jego czarowi ulega kolejny młody i naiwny. Tylko szkoda, że poza tą jedną postacią reszta jest już mało ciekawa. Ale też ciężko świecić na tle słońca…

W ostatnich latach Oliver Stone pokazuje coraz częściej swoje mocno lewicowe oblicze. Najpierw były lekko przechylone poglądowo „JFK” czy „Nixon”, które można było oglądać bez większego filtrowania informacji – ale już najnowsze produkcje spod jego ręki, jak „W” czy „Comandante” czy nawet „South of the Border” są jedną wielką propagandą lewicowego, czy raczej lewackiego, myślenia. Co nie jest niczym złym, ale szkoda że taki twórca, o którym można powiedzieć wiele, ale nie można mu odmówić talentu – próbuje przekonać widzów do swojego punktu widzenia z gracją słonia w składzie porcelany. Bo tego czasem się po prostu nie da oglądać…

Moja ocena: 4/10

Share