Menu

Year One, USA 2009

30 grudnia 2009 - Recenzje

Kolejna w ostatnim czasie bromedy, czyli komedia która w głównym świetle pokazuje męską przyjaźń. Tym razem podane nam to jest w mocno prehistoryczno-biblijnym sosie. Szkoda, że twórcy nie potrafią się zdecydować co ma być główną osią komediową filmu. Czy dowcipy kloaczne, na czele z jedzeniem odchodów, czy też może wyśmiewanie się z postaci biblijnych. A może przekomarzanki pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Przez co następuje pewien przesyt żartami serwowanymi nam co chwilkę, zanim jeszcze zdążymy nacieszyć się poprzednim. Jeśli jest się czym cieszyć. Bo przeważają te najniższych lotów. A te lepsze są zagrywane na tyle często, że się zaczynają nudzić – jak choćby postać Kaina. Swoją drogą ciekawe czy to, że nie jest ten film przewidziany do kinowego wyświetlania w naszym kraju, jest spowodowane tym jak potraktowana w nim jest Biblia. Bo już widzę oczyma wyobraźni te procesje przed kinami…

Chyba jedynym tak naprawdę targetem tego filmu są fani Jacka Blacka. Jest on tutaj obecny przez cały film, prawie zawsze szarżując i próbując wycisnąć wszystko z danej sytuacji. Co często zamienia się w farsę ciężką do oglądania. No chyba, że się jest fanem – ale i tak ten film wypada bardzo blado w porównaniu do tego co prezentował nam w „Be kind rewind” czy w „Tenacious D”. Już nie mówiąc o poważniejszych filmach.

Dużo ciekawiej jest na drugim planie. Hank Azaria tradycyjnie pokazuje, że jeśli chodzi o postacie mające średnio równo pod kopułą – to jest niezastąpiony. Jego Abraham jest szaleńcem, ale takim za którym podążają tłumy. A już scena w której nasi bohaterowie powstrzymują go przed zabiciem swojego syna w ofierze to mistrzostwo. Oprócz niego całkiem sympatycznie wypadają Xander Berkeley czy Oliver Platt. No i panie, ale one poza ładnym wyglądaniem nie mają nic do robienia. Zawodzi bardzo Michael Cera, który tutaj snuje się bez celu po ekranie, wypowiadając od niechcenia swoje kwestie. Z drugiej strony, nie ma co się mu dziwić – skoro w perspektywie miał oblanie się własnym moczem…

Moja ocena: 4/10

Share