Menu

Święto narodowe w Luksemburgu – część pierwsza

21 lipca 2011 - Wycieczki

Paryż, romantyczny nastrój pod wieżą Eiffela

Wyjazd weekendowy do Luksemburga rozpoczął się – co jest oczywistą oczywistością – w Paryżu. Tak, dla mnie też to było troszkę zaskakujące, że na konkretny termin, patrząc z półrocznym wyprzedzeniem, taniej jest pojechać przez stolicę Francji. Szczególnie że ten mały objazd będzie się wiązał z korzystaniem z „normalnej” linii lotniczej, czyli Air France. I z noclegiem. Nie wiem, może miałem okazję trafić na pechowy termin, ale lot Wizzairem do Charleroi wyszedł odrobinę drożej. Jakby to powiedzieli francuzi – c’est la vie…

Paryż, jeden z wielu koncertów w trakcie dnia muzyki

Poza tym, że wizyta w Paryżu wiązała się ze skróceniem pobytu w Luksemburgu, to niosła za sobą jeden bonus, który nie był przewidziany na etapie planowania wyjazdu – ale okazał się całkiem miłym urozmaiceniem. 21 czerwca przypada bowiem Dzień Muzyki. Tamtejszy wynalazek który próbuje się przenieść i do nas, ale póki co ze średnim szczęściem. Natomiast tam ten dzień jest obchodzony naprawdę hucznie. Prawie na każdym skwerku i placyku odbywają się koncerty do późnej nocy, z których każdy znajduje swoich fanów. Jak to zwykle bywa, jakoś takiego pospolitego ruszenia bywa różna, ale w ciągu kilkunastu minut spaceru można znaleźć odpowiedni dla siebie styl muzyczny i jakość wykonania. Ja miałem to szczęście, że pod hotelem, w knajpce, grał zespół który nie dość że potrafił grać, to na dodatek miał całkiem znośny repertuar. A i pobliska piekarnio-cukiernia miała całkiem smaczne przekąski jak na tą porę nocy.

Luksemburg, miasto nie tylko biurokratów - ale i zieleni

Na tyle dobrze i długo się tego koncertu słuchało, że troszkę ciężko było wstać rano no południowy pociąg – szczególnie że planowałem sobie pozwolić na leniwe paryskie śniadanie przed jedną z wielu tutejszych knajp z kawą i gazetą (lekko nieaktualną muszę dodać). Szkoda, że na takie przyjemne spędzenie poranka może sobie człowiek pozwolić tylko na urlopie. No ale wracając do Luksemburga – dojechać tam miałem korzystając z dumy tubylców, czyli TGV. Krótka, troszkę ponad dwugodzinna, podróż w starszawym, ale wciąż komfortowym pociągu. Chyba najlepiej dopracowanym z tych kilku pociągów dużych prędkości jakimi dotychczas miałem okazję podróżować. Chociaż, może na mój poczucie przyjemnej jazdy mogła wpływać przekąska jaką sobie zafundowałem. Bagietka, ser i wędlina – równie smaczny co aromatyczny zestaw potrafi umilić każdą podróż. Aczkolwiek nie wiem co na ten temat sądzili towarzysze podróży…

Luksemburg, stare miasto znajduje się na skalnym cyplu otoczone dolinami rzek

Luksemburg w pierwszym kontakcie nie jest aż tak interesujący. Tamtejszy dworzec bowiem jest dość mały i kiepsko oznaczony. A po wyjściu z niego trafia się na ruchliwą i tłoczną wielkomiejską ulicę. Co też jest średnio zachęcające. Dopiero podróż z tej nowszej części miasta, w której znajduje się dworzec kolejowy, do starego miasta – przez most nad wąwozem – jest interesująca. Stara część miasta znajduje się bowiem na cyplu wciśniętym pomiędzy doliny dwóch rzek. Różnica poziomów jest dość duża, więc i widoki są bardzo ciekawe. W dawnych czasach te położenie było bardzo skutecznie wykorzystywane w fortyfikacjach, teraz pozostaje nam podziwiać widoki. No i można się ewentualnie wybrać na spacer doliną, gdzie znajdują się tereny zielone i nieliczne domy. Sama starówka jest zabudowana dość podobnymi do siebie kamieniczkami, z których wyróżnia się kilka rządowych i kościelnych gmachów. Jadąc dalej od dworca, przejeżdżając wspomniany wcześniej cypel ze starówką wjeżdża się na teren niedawno wybudowanej dzielnicy europejskiej – pełnej monumentalnych biurowców. Ale o tym później.

Luksemburg, przygotowania do wieczornych fajerwerków

Wcześniej powinienem napisać o głównym punkcie wyjazdu jakim była impreza związana z tamtejszym świętem narodowym. Nie wiem dlatego akurat tego dnia, czyli 23 czerwca – bo nie udało mi się znaleźć pasującej rocznicy, ale cóż. Jak jest, to należy korzystać z okazji a nie zastanawiać się nad nią. W wigilię święta odbywa się całonocne szaleństwo na które przybywają tłumy młodych i w miarę młodych ludzi z ościennych krajów. Impreza powoli się rozkręca kilkoma koncertami na scenach rozstawionych na placach starówki, ale tak naprawdę początkiem są fajerwerki, które są odpalane w okolicach północy. Jest to spektakl naprawdę robiący wrażenie- szczególnie że odpalane są nad wąwozem. Widowisko jest długie i intensywne, dużo ciekawsze od innych wydarzeń tego typu – by wspomnieć tylko fajerwerki odpalane z warszawskiego Pałacu Kultury z okazji przejęcia prezydencji.

Luksemburg, jeden z wielu tego dnia koncertów - warto zwrócić uwagę na baterię butelek na scenie

Po pokazie pirotechnicznym ogromny tłum rozlewa się po uliczkach starówki na liczne koncerty i imprezy dj-skie. Pomimo ogromnej ilości miejsc w których można potańczyć czy też posłuchać muzyki, do samego świtu panuje tłok i wszechobecne kolejki do barów. Swoją drogą, to pierwszy raz tam miałem okazję zobaczyć pisuary w formie toi-toia. Przyznam się szczerze, że troszkę nieswojo się czułem, gdy w jednym miejscu korzystałem z takiego cuda, który był ustawiony jakieś 2-3 metry obok sceny, na której właśnie odbywał się koncert. Ale wracając z obszarów dygresji. Muzyka która jest grana, czyli szeroko pojętej muzyki dyskotekowej, to wśród bawiących się przeważają młodzi ludzie – którzy mają siły by bawić się do białego rana.

Luksemburg, całonocna impreza pełną parą - w okolicach godziny 2

Po całonocnej zabawie pobudka była troszkę późniejsza, więc i nie aż tak wiele się dało zobaczyć tego dnia. Z żalem trzeba było odłożyć na następną wizytę w tym uroczym księstwie wizytę w którejś z okolicznych winiarni, którym klimat – bardzo wilgotny – doliny rzeki Mozeli pozwala na produkcję całkiem smakowitych win. Ale cóż, to kiedyś. Teraz na pierwszy ogień poszły tutejsze kazamaty. Kiedyś pieczołowicie wykuwane schrony i magazyny w skale na której położone jest miasto Luksemburg, teraz tylko ich część jest udostępniona do zwiedzania. Całkiem ciekawe miejsce do zobaczenia – gdzie obok dużych komnat można natknąć sie na długie, wąskie i dość klaustrofobiczne kręcone schody. Nie da się ukryć, że wizytę w tym miejscu troszkę się później pamięta w mięśniach nóg, troszkę zmęczonych ta ciągłą drogą w górę i w dół.

Share