Menu

Sztokholm – druga część

7 grudnia 2009 - Wycieczki

A rano trzeba było wcześnie wstać by się dostać do muzeum ze szczątkami statku Vasa – Vasamuseet. A to wymagało dotarcia do centrum a potem jazdy autobusem 47. I że była to decyzja dobra, pokazała kolejka jaka uformowała się przed wejściem do niego. I co ciekawe – nie udało mi się w niej znaleźć osób innych niż rosyjskojęzyczne. Nie wiem co ich przyciąga tak wcześnie w to miejsce, ale nie da się ukryć, że ość osobliwie to wyglądało. Wkrótce się okazało, że do środka cały czas ciągną nowe grupy – i było to najbardziej oblegane muzeum na mojej trasie. Natomiast samo muzeum to świetna rzecz. Co prawda w broszurce piszą, że z przewodnikiem można je obejść w 25 min, ale mi zajęło to godzinkę i to spiesząc się. A na samym początku czeka turystów z Polski całkiem ciekawy akcent, mianowicie trochę miejsca poświęcone jest bitwie pod Oliwą. Sam statek robi ogromne wrażenie, tak jak pieczołowitość przygotowania całej ekspozycji. Szczególnie stojąc pod rufą okrętu czuje się respekt przed jego wielkością i przed budowniczymi. Niedaleko od muzeum znajduje się pomnik poświęcony pamięci ofiar zatonięcia promu „Estonia”, położony obok starego cmentarza. Urokliwe i nastrajające do zadumy miejsce.

Potem czas na monumentalny budynek muzeum nordyckiego, skupiającego się głównie na historii i obyczajach Szwecji. I chyba jest to wystawa dużo ciekawsza dla tubylców niż dla osób z zewnątrz. Mnie osobiści zainteresowała tylko wystawa poświęcona ludom północy. No i fakt, że w gablocie poświęconej małżeństwom była też jedna para jednopłciowa. Znak czasów. Z tego miejsca cofam się troszkę, by móc złapać autobus 69 – który zawiezie mnie w pobliże Kaknästornet, lub jego odmianę 69K zatrzymującej się pod samą wieżą. Jest to nadajnik telewizyjny, na którego szczyt można wjechać windą i tam korzystając z usług kawiarni bądź restauracji spędzić czas podziwiając panoramę szwedzkiej stolicy. Nie da się ukryć, że kawa pita na wysokości ponad 150 metrów smakuje troszkę inaczej. Jeżeli mamy czas, to wokół są wspaniałe tereny zielone, wprost stworzone do piknikowania czy też aktywności fizycznej. Ja natomiast żałuję, że nie miałem wystarczająco czasu, by zatrzymać się i odwiedzić liczne mijane po drodze do centrum muzea. Ale cóż, może się uda następnym razem.

Czas teraz na ostatnią prostą tej wycieczki czyli zamek królewski i muzeum narodowe. Podzielony na kilka odrębnych ekspozycji Zamek Królewski jest na pewno obowiązkowym punktem odwiedzin tego miasta, dlatego nie mogło mnie również tam zabraknąć. Najpierw skarbiec. Bardzo krótka – bo składająca się z dwóch pomieszczeń ekspozycja, ale pełna interesujących przedmiotów i historii. Szczególnie jeśli się trafiło na wycieczkę z przewodnikiem. Ale najpierw jest kasa. A na tej kasie siedziała wyjątkowo utalentowana blondynka. Najpierw przede mną rodzina kupowała bilety na wszystkie części wystaw zamku, ale głowa rodziny miała kartę miejską zwalniającą z opłaty. Wystawienie biletu okazało się sprawą skomplikowaną. Podobnie jak walka z terminalem do kart i anulacją źle wyliczonej płatności. I jeszcze na deser kazała pani płacącej podpisać się na obu kopiach slipa z terminalu, i to po dwa razy. No ale, kwadrans później, z pomocą koleżanki udało się to wszystko naprostować. Tylko jak się ta pani uchowała tam to ja nie wiem. Ale na wszelki wypadek, jak już przyszła moja kolej, zapłaciłem gotówką. Kto wie co mogłabym ściągnąć z karty utalentowana kasjerka.

Potem przyszedł czas na wnętrza zamkowe. Ponownie w towarzystwie przewodniczki. Co ma swój niezaprzeczalny plus w postaci interesującej wiedzy – ale też pożera znaczne ilości czasu. A akurat we wnętrzach pałacu do zwiedzenia jest całkiem sporo. Poza bardzo ładnymi i bogatymi wnętrzami do oglądania jest też wystawa medali i orderów – łącznie z herbami osób odznaczonych medalami noblowskimi. Mała ciekawostka – mottem Lecha Wałęsy jest „rozważnie i roztropnie”. Interesujące, nieprawdaż?

Ostatnią częścią muzeum zamkowego jaką miałem okazję obejrzeć jest muzeum trzech koron, które pokazuje przeszłość zamku. Czyli to jakim był wcześniej, jeszcze przed powstaniem najnowszej odbudowy pałacu. Niestety nie miałem okazji zbyt długo w nim pobyć, bowiem zabawiwszy sporo we wnętrzach, zaczął się zbliżać termin zamknięcia pałacu dla zwiedzających. Na szczęście jest to muzeum przechodnie – mające dwa wejścia, więc na szczęście nie musiałem obchodzić zamku by móc do niego wejść.

I teraz pozostała mi wisienka na torcie – czyli muzeum narodowe, Nationalmuseum. Ogromny kompleks z bogatą wystawą malarstwa europejskiego, na czele z obrazami Rembrandta i Rubensa. Można w nim spędzić każdą ilość czasu, ale niestety ja byłem troszkę nim ograniczony, więc nie poświęciłem na wszystkie wystawy takiej ilości czasu jak bym chciał. A warte uwagi również była wystawa dotycząca historii szwedzkiego wzornictwa. Dla osób które zmęczyły się ogromem prezentowanej tutaj sztuki (ponad milion obiektów w zbiorach) jest interesująca restauracyjka na dziedzińcu budynku. Ale niestety mi nie było dane z niej skorzystać, bowiem tradycyjnie na tej wycieczce gonił mnie czas i strażniczka wypraszała z zamykającego swoje podwoje muzeum.

Ponieważ „oficjalna” część mojego pobytu dobiegła końca, to udałem się w kierunku starego miasta, by dać odpocząć swoim nogom i jednocześnie napić się kawy w jednej z wielu tutejszych uroczych kafejek. Po drodze mijałem uroczy plac Karla XII, z przepięknymi kwitnącymi drzewami i sporą ilością ludzi odpoczywających w ich cieniu, bądź też chłodzących przy fontannie.

A chwilkę później zagłębiłem się w labirynt uliczek starego miasta, aż wreszcie znalazłem jakąś ładnie zapowiadającą się kawiarenkę, która ponoć swoje początki miała w połowie XVIII wieku – a później niejakim zaskoczeniem zauważyłem na budynku na wprost, że siedzę naprzeciwko najstarszemu budynkowi bankowemu, który nawet jest udostępniony do zwiedzania godzinach urzędowania. A że dawno już ich nie było, to nie pozostało mi nic innego jak tylko zrobić zdjęcie dziwnemu posągowi i pójść w kierunku metra. Ponieważ jeszcze troszkę czasu do udania się na lotnisko mi pozostało, to postanowiłem poszukać będącego ponoć atrakcją miasta baru lodowego. Czyli możliwości napicia się drinka w temperaturze mocno ujemnej z lodowych szklanek. Niestety – pomimo półgodzinnego poszukiwania z mapą w ręku nie udało mi się tego znaleźć, więc nie wiem czym on się różni od swojej polskiej wersji znajdującej się w Warszawie. I czy jest równie mało atrakcyjną atrakcją…

A na koniec parę rozważań o komunikacji. Po pierwsze raczej nie powinno się ufać tutejszym rozkładom jazdy autobusów. Na 6 prób, 3 razy autobus podjechał niezbyt zgodnie z rozkładem (czyli +- 10 min), raz podjechał inny – ale jadący w odpowiednim kierunku, raz wszystko było ok. A raz ja popełniłem błąd. Cóż – czasem nie warto ufać swojej potędze rozumu i sprawdzić dwa razy czy na pewno się popatrzyło na rozkład niedzielny a nie dni roboczych. Bo może się okazać, że ma się godzinę do zamknięcia odprawy, mapę i żadnego planu jak tam dotrzeć…

PS. Stockholm Card można kupić aktualnie ze zniżką 15% – pod tym linkiem. Info z 6 grudnia 2012.

Część pierwsza znajduje się pod tym adresem.

Share