Menu

Sztokholm – pierwsza część

7 grudnia 2009 - Wycieczki

Wycieczkę do Sztokholmu organizowałem troszkę w ostatniej chwili, nie mając zbytnio czasu zarówno na planowanie jak i dokładne przygotowanie podróży. Ale też miała to być dość krótka podróż, więc można było się ograniczyć do punktów obowiązkowych, nie wnikając zbytnio w warte odwiedzenia miejsca, aczkolwiek nie tak znane wśród turystów. Wiem, że kiedyś będę musiał tam wrócić, zarówno by parę miejsc które obejrzałem pobieżnie sobie utrwalić, jak i odkryć nowe. No i w pobliżu jest Upsalla, którą też warto odwiedzić…

Na początek jedna informacja stricte praktyczna. Warto przed wyjazdem zainteresować się tutejszą kartą miejską. Co prawda do najtańszych ona nie należy, ale dzięki niej ma się zarówno możliwość przejazdów komunikacją miejską, jak również wstęp do dużej ilości muzeów – i już przy średnio intensywnym zwiedzaniu miasta się ona zwraca. I można ją zamówić przez Internet.

Ale wracając do mojego wyjazdu. Dolatywałem do Sztokholmu liniami krajowymi, więc lądowałem na najbliższym centrum lotnisku Bromma. Miało to taki plus, że z tego miejsca do centrum jest coś koło 20 minut komunikacją miejską. Wskutek mojego niedopatrzenia i niezgrania sobie terminów, na miejscu lądowałem w sobotnie popołudnie. Tak więc na zwiedzanie pozostała mi tylko część soboty i niedziela. Co pociągało za sobą dość znaczne tempo zwiedzania i niestety pobieżność wizyty. Ale tak to już jest, jak zwiedza się duże i bogate w historię miasto w weekend.

Tak więc dość szybko udało mi się dostać do centrum miasta – a właściwie na następny przystanek metra za nim, czyli Gamla Stan, tutejsze stare miasto. Piekne miasteczko, które można długo zwiedzać zagłębiając się w liczne wąziutkie uliczki, czy też korzystając z oferty jednej z wielu kawiarenek. Ale ponieważ jeszcze niektóre muzea były czynne, to nie zwlekając udałem się na jego przeciwległy koniec, gdzie wiedziałem że znajduje się Pałac Królewski.

Ponieważ wnętrze było już zamknięte, to odwiedziłem znajdującą się w piwnicy zbrojownię i połączoną z nią wystawę karet, czyli Livrustkammaren. Jest to bardzo interesując wystawa z kilkoma eksponatami wartymi zobaczenia, jak na przykład paradna zbroja Zygmunta II Wazy, czy też strój w którym został ciężko zraniony Lew Północy, Gustaw Adolf, przez żołnierzy hetmana Koniecpolskiego. Szkoda tylko, że ta wystawa jest taka skromna, bowiem takich eksponatów chciało by się zobaczyć wiele. Na pocieszenie zostaje nam kilka karoc oraz ozdobnych uprzęży dla koni. Ale bardziej jako należy ją traktować jako uzupełnienie niż jako atrakcję samą w sobie.

Obok jest Katedra w której poza przepięknie urządzanym wnętrzu znajduje się XV wieczna rzeźba św Grzegorza i smoka – która jest częstym motywem powtarzającym się w okolicach starego miasta, a nawet można zaleźć jej miedzianą kopię. Kościół warty jest zatrzymania i pokontemplowania jego bogatego wnętrza.

Po wyjściu z mrocznych podziemi kieruję się na drugą stronę podjazdu do zamku, w kierunku Kungliga Myntkabinettet, które jest muzeum monet jak również w pewnym stopniu ekonomii. Całkiem bogata, że tak się dwuznacznie wyrażę wystawa, i dość interesująca dla osób interesujących się historią czy też ekonomią. Do najważniejszych eksponatów należy pierwszy banknot – wydany przez szwedzki bank, jak również największa moneta na świecie. Jej replika jest położona obok, więc każdy chętny może się przekonać o wadze pieniądza. Bo jest to prawie 20 kilo miedzi. A na deser można zobaczyć zbiór medali, z kilkoma noblowskimi. Szkoda tylko, że nie jest to muzeum zbyt często odwiedzane – w sobotnie popołudnie byłem tam sam. I troszkę czasu w nim spędziłem.

Potem przyszedł czas na odwiedziny muzeum noblowskiego, Nobelmuseet – troszkę się obawiałem, że mogę nie zdążyć z obejrzeniem go przed zamknięciem, ale szybko te obawy zostały rozwiane. Było to największe rozczarowanie tej podróży. Muzeum składające się z kilku pamiętek po noblistach, filmu cytującego wypowiedzi odkrywcy dynamitu – i wystawy czasowej, która mówiła o braku wolności słowa w kilku rejonach świata, nic czego przeciętny czytacz gazety by wcześniej nie widział czy czytał. Jedynym plusem było to, że mój plan na ten dzień z bardzo napiętego stał się tylko napięty. A przede mną tego dnia były jeszcze dwa przystanki.

Czas teraz był na lekki spacerek wzdłuż zatoki, by dostać się na dwie wyspy dalej. Po drodze miałem okazję minąć ekskluzywny Grand hotel, oraz muzeum narodowe – które będę odwiedzał następnego dnia. Po kilku minutach dochodzę do znajdujących się w jednym budynku dwóch muzeów. Moderna Museet i Arkitekturmuseet. To pierwsze będzie tylko przekąską, bowiem jakimś nadzwyczajnym wielbicielem sztuki współczesnej nie jestem, ale wypada być na bieżąco ze współczesnymi trendami w sztuce. No i tak jak się wcześniej spodziewałem, w dzisiejszych czasach mianem sztuki (i to przeważnie przez duże „Sz”) określa się wszystko co tylko przyjdzie artyście do głowy. W znaczącej mierze na wyrost. No ale, nie jest to miejsce do dyskusji nad najnowszymi trendami w sztuce.

Dużo ciekawsze, przynajmniej dla mnie było muzeum architektury. Ale tutaj jest to mocno subiektywne, bo raczej mało kogo zainteresuje duża ilość modeli przedstawiająca różne budynki czy kompleksy, w kolejnych stadiach rozwoju. Plus bardzo interesująca wystawa, na której zajęto się działami jednego z norweskich architektów Sverre Fehn. Mi to nazwisko nic nie mówi, ale może komuś… Można na niej zobaczyć jak świetnie bryła budynku może być dopasowana do terenu na jakim zostanie on zbudowany – no i jakie piękne formy można nadać budowlom, zachowując jednocześnie ich prostotę…

I to był ostatni akcent muzealny na ten dzień, bowiem była już prawie 18, kiedy szanujące się muzea się zamykają. A ja udałem się na główny deptak miejski, by móc rzucić okiem na tą mnogość sklepów i wszelkiego rodzaju stoisk – w końcu miasto to się chwali, że jest miejscem do którego warto przyjechać nie tylko ze względu na rozrywkę kulturalną, ale również zakupową. Cóż, nigdy przesadnym fanem zakupów nie byłem, więc zbyt dużego ważenia ma mnie to nie zrobiło. Oczywiście ilość sklepów jest ogromna i ilość ludzi w środku również – ale już ceny są za ogromne jak na kieszeń przeciętnego mieszkańca europy środkowej… Kiepskie wrażenie na mnie zrobił sam deptak, ciągnący się od Pałacu Królewskiego daleko za centralny plac i główną stację metra. Jest on brudny i zaniedbany, i nie ustępuje w niczym wielu warszawskim przejściom podziemnym. Nie wiem tylko dlaczego ludzie tam chcą siadać przy kawiarnianych stolikach i popijać kawę – mnie, pomimo takich planów – skutecznie otoczenie zniechęciło.

Po tym spacerku uznałem, że najwyższy czas wrócić do hotelu i się troszkę odświeżyć przed wieczornym wyjściem. W końcu jak jest się w tak dużym mieście, to żal nie skorzystać z oferty knajp barów i pubów w okolicy. Więc jak się już ściemniło pojawiłem się znowu w centrum – aczkolwiek pojechałem jeszcze dalej niż stare miasto – dwie stacje metrem dalej na południe. Wysiadłem w dzielnicy Slussen, która już od dziesiątek, jeśli nie setek lat jest znana ze swojego rozrywkowego charakteru. Turysta znajdzie tam wiele knajp, wśród któryś na pewno któraś mu przypadnie do gustu. Jest tam wszystko – od rocka poprzez trans aż po lans. Co kto lubi. No i w weekendy sieć metra działa całodobowe – więc nie ma problemu z powrotem po imprezie do hotelu. Ja zbytnio nie szalałem, skoro od rana czeka mnie intensywny program.

PS. Stockholm Card można kupić aktualnie ze zniżką 15% – pod tym linkiem. Info z 6 grudnia 2012.

Druga część znajduje się pod tym adresem.

Share