Menu

Wakacje z Interrailem – dzień pierwszy

10 stycznia 2010 - Wycieczki

Moja przygoda z interrailem rozpoczęła się od małego dylematu. Planując rozpoczęcie podróży w Malmo musiałem wybrać czy chcę jechać wcześniej i dzięki temu załapać się na darmowe śniadanie podawane w pociągu, czy też troszkę dłużej sobie pospać. Cóż, jako że śpioch ze mnie wielki, to wybrałem tą drugą opcję. W tym miejscu trzeba zauważyć, że śniadanie jest podawane osobom które rozpoczęły swoją podróż w dumie Szweckich kolei – czyli X2000 – przed godziną 9. Mój pociąg odjeżdżał kwadrans później, więc ten gratis mnie ominął. Po przybyciu na dworzec zauważyłem, że mój pociąg był już podstawiony, ale jeszcze nie wpuszczano do niego pasażerów, bowiem dopiero teraz, czyli kwadrans przed odjazdem ładowano nań zapasy do pokładowego bistra oraz napoje i owoce dla pasażerów pierwszej klasy.

Malmo, dworzec - poranna pustka i pociąg X2000

I dwie ciekawostki biletowe. Mają troszkę czasu do odjazdu pociągu, a który był jeszcze dla mnie niedostępny pobawiłem się chwilkę z automatem biletowym. I zaobserwowałem tam, że po pierwsze w szczycie wyjazdów wakacyjnych, jakim jest początek sierpnia w Szwecji, pociągi są cały czas oblegane. A trasa Malmo-Sztokholm nie jest trasą turystyczną, szczególnie w sobotni poranek. Na mój pociąg nie było już biletów(nie wiem, może kasy sprzedają dopłaty „bez wskazania miejsca”), na następny jadący w godzinnym takcie były tylko w klasie drugiej, a na kolejny tylko w klasie pierwszej. A po drugie, ceny biletów na obie klasy różniły się o kilkadziesiąt koron. Co przy cenie ponad tysiąca, stanowi kilkuprocentową, prawie nieodczuwalną różnicę. A tutejsza kolej, SJ, przynosi zyski…

Malmo, dworzec - wszystko gotowe na powitanie nowego dnia

Od kilku miesięcy mam okazję przebywać w południowej Szwecji i w miarę często korzystać z usług tutejszej kolei. Zarówno tej ogólnokrajowej, jak i lokalnej. Jako że w Polsce też troszkę z niej korzystałem, więc mogę pokusić się o troszkę porównania. Jeśli chodzi o ruch lokalny, to jesteśmy wiele lat za naszymi zamorskimi sąsiadami. Siatka połączeń, częstotliwość i jakość pociągów jest tutaj dużo wyższa. Nie mówiąc o wyszkoleniu i kulturze personelu (zawsze informacje przed głównymi stacjami o pociągach jadących z niej w innych kierunkach). Ale też mogą sobie Szwedzi na to pozwolić. Większość pociągów jeździ ze sporym zapełnieniem, A bilety, jak na polskie przyzwyczajenia, są dość kosztowne. No i tutaj dasię współpracować pomiędzy poszczególnymi spółkami. Na przykład pociąg jadący z Kalmaru do Malmo. Początkowo jego obsługą zarządza ogólnokrajowa SJ. Po drodze przejmuje go lokalny przewoźnik, czyli Oresundtag. Zmienia się obsługa i maszynista/ka – ale pasażer jedyne co zauważa, to to iż drugi raz jest mu kontrolowany bilet.

X2000 - pierwsza klasa senna o poranku

Troszeczkę inaczej jest jeśli chodzi o ruch długodystansowy. Wydaje mi się, że w tej dziedzinie nasza kiełbasa, to znaczy nasze pociągi, już dogoniła ich kiełbasę. Z jedną różnicą – brakuje nam w Polsce takiej wisienki na torcie, czy też jak to mówi znany trener – wejścia na „international level”. Mamy IC na przeważnie wyższym poziomie niż szwedzkie, dalekobieżne (jeśli mogę tak oceniać po dwóch przejazdach) i nocne są na podobnym poziomie. Tylko nie ma takiego szwedzkiego X2000, czy czeskiego Pendolino, czyli okrętu flagowego, będącego wizytówką kolei w Polsce. No ale – ogłoszono przetarg, więc pewnie wkrótce zobaczymy coś takiego na naszych torach. Najpewniej w lutym.

Sztokholm, Sentralstation - niby środek wakacji, ale wszyscy gdzieś się spieszą...

Ale wracając do podróży. Jazda tego typu pociągiem jest dość komfortowa, dla każdego przypada gniazdko do laptopa. Jest dostęp to internetu (w pierwszej klasie bezpłatny), oraz bufet z kawą, herbatą i owocami (again, w pierwszej klasie bezpłatny). Z usług bistra skorzystam w dalszej części podróży. Fajną rzeczą jaką udało mi się zauważyć są darmowe słuchawki dostępne dla pasażerów, by można się było podpiąć do pociągowego radiowęzła. Mała rzecz a cieszy… X2000 jest składem o przechylnym pudle – ale aż tak tego nie czuć, pewnie dlatego że linia do Sztokholmu dość prosta jest. Krajobraz za oknem jest dość monotonny. Najpierw, po wyjeździe z Malmo dominowały pola, od czasu do czasu przecinane miasteczkami i wioskami. Po Alvescie uległ on zmianie, bowiem teraz przeważnie widać lasy, czasem tylko mignie jakieś mniejsze czy większe jeziorko. Ciekawiej zaczyna się robić dopiero po minięciu Norkoppingu. Gdzie zaczynają się pagórki, tunele, jeziorka i inne atrakcyjne widoki za oknem.

Sztokholm, Sentralstation - piękna hala główna

W Sztokholmie mam około 45 minut na przesiadkę, więc nie decyduję się na zwiedzanie okolic – zresztą już w tym mieście miałem okazję być, tylko spaceruję sobie po hali głównej. Wkrótce potem okazuje się, że nawet niepotrzebnie opuszczałem peron, bowiem pociąg do Ostersundu okazuje się być dalszym obiegiem tego, którym przyjechałem z Malmo. Kiedy zajmuję swoje miejsce przekonuję się, że nie tylko w polskich stodołach można dostać miejsce przy oknie wyglądającym jak ściana. Cóż – ma się to szczęście… Wkrótce po odjechaniu ze Sztokholmu i minięciu Arlandy na ekranie informacyjnym na końcu wagonu pojawia się informacja że jedziemy z prędkością 197 km/h. Trwa to tylko chwilkę – i nie pojawia się więcej, więc domyślam się, że przez resztę trasy aż tak nie gnamy, bo mniejszymi prędkościami się chyba nie warto chwalić. A i nie dziwię się że jedziemy tak tylko przez chwilkę. Bo dość mocno rzuca i trzęsie składem, nie wiem czy to wina torów, czy osiąganej wysokiej prędkości – ale pisanie na klawiaturze zaczyna być lekko problematyczne. Troszkę później, jak na wyświetlaczu się pojawiły wartości powyżej 200, próbowałem zrobić zdjęcie, ale w każdej z kilkunastu prób wychodziły mi mocno poruszone cóż, wysoka prędkość, wysoki poziom wstrząsów… Wkrótce po minięciu Uppsali dostaję zamówiony wcześniej, na etapie kupowania miejscówek, szumnie zapowiadany 3-daniowy obiad. No cóż, gdybym wiedział o wielkości tego posiłku – zjadłbym coś na dworcu… Na szczęście im dłużej trwa podróż tym piękniejsze widoki są za oknem. A już po minięciu Sundsvall ciężko jest się oderwać od okna (na szczęście nie był aż taki pełen pociąg, więc mogłem się przesiąść). Z jednej strony różne jeziorka, a z drugiej zbocza przeróżnych pagórków.

Ostersund - przepiękne miasteczko położone nad przesmykiem jezior

Ostersund jest dość urokliwym miasteczkiem położonym na przesmyku pomiędzy trzema jeziorami. Z łączących poszczególne części miasta mostów rozciąga się urokliwy widok na nie. Mając możliwość przespacerowania się uliczkami miasteczka nabrałem przekonania że na co dzień musi być to dość fajne i spokojne miasto, ale nie w ten weekend. Okazało się, że wylądowałem w środku jakiegoś tutejszego festiwalu. Przez który w śródmieściu królują tabuny młodych ludzi szwędających się bez większego sensu. Bo Ci którzy mieli iść na koncerty już tam pewnie są. A nie była to tania impreza – prawie 1000 koron za 3 dni i 500 za jeden. Ale z drugiej strony – byli tam tacy znani wykonawcy jak Lady Gaga czy też Amy MacDonald. Szkoda tylko że ci artyści którzy mnie najbardziej interesowali, czyli Veronica Maggio czy Sahara Hotnights, akurat w ten wieczór kiedy ja byłem w Ostersund nie występowali… No ale, nie można za długo siedzieć na dworze, bowiem jutro o 7.15 odjeżdża następny pociąg.

Ostersund - Wbrew pozorom miasto nie kładzie się do snu. Tylko udaje na liczne koncerty...

Share