Menu

300, USA 2006

8 grudnia 2009 - Recenzje

Szedłem do kina ze sporymi nadziejami rozbudzonymi przez dobre czy wręcz entuzjastyczne opinie prezentowane na grupie. No i u mnie w podsumowaniu roku 2007 „”300″” wystąpi. Nie wiem czy na pierwszym miejscu, ale na pewno w trójce największych rozczarowań roku. Niestety, ale nie miąłem przyjemności czytać komiksu Franka Millera, wiec nie wiem które wady są „”zasługą”” filmowców, a co straciło swoje zalety po przeniesieniu na ekran. Zacznijmy od rzeczy, które nie mogą mieć wpływu na ocenę filmu – bo w końcu to bardziej fantasy niż historia – ale trochę mnie denerwowały podczas seansu. Ja wiem, ze dla przeciętnego zjadacza popcornu z Iowa czy Kansas historia zaczyna się cos kolo 1776 roku , ale mnie osobiście wynudził i wprawił w niezbyt przyjazny nastrój wstęp do filmu w którym dowiadujemy się jak to w tej Sparcie wychowywano dzieci – po kiego grzyba ta cala sekwencja? Idąc dalej, w rozmowie ze Spartanem wyprostowanym inaczej Leonidas tłumaczy mu dlaczego nie może pozwolić mu na walkę wśród rodaków w szyku i jak on jest ważny, po czym w bitwie przeważnie z niej nie korzysta. A juz w ostatniej scenie filmu taktyka walki greckiej piechoty to „”kupą mości Panowie”” a nie falanga, która przynosiła im zwycięstwa. Juz nie mówiąc o piekle, które namiętnie wspomina Leonidas, bo tego nawet tłumacz nie miał cierpliwości zgodnie przełożyć…

No ale wracając do oceny filmu a nie zgodności historycznej. Fabuły w filmie brak – jest to tylko 2 godzinna nawalanka z krótkim preludium i jeszcze skromniejszym epilogiem przerywana kilkoma scenkami przedstawiającymi walkę królowej z pewnym równie sprzedajnym co wpływowym członkiem spartańskiej Rady. Same sceny ucinania kończyn i dorzynania staja się lekko monotonne po kilku czy kilkunastu minutach i od jatek prezentowanych przed wielu laty przez Johna Rambo czy innego Schwarzeneggera różni się tylko nadmiernym użyciem zmniejszonej lub zwiększonej ilości kręconych klatek na sekundę. Autor muzyki tez się za bardzo nie postarał – jak się bija na ekranie to słychać rockowa nawalankę w tle, czyli tak jak schematyczna ścieżka dźwiękowa powinna wyglądać. Jak to ktoś juz wcześniej zauważył, prawie każda kwestia wypowiadana z ekranu aż ocieka patosem i po usłyszeniu kilku widz się zaczyna rozglądać czy gdzieś w tle nie łopocze gwieździsty, tfu, spartański sztandar z Tobey Maguirem przyczepionym do masztu…

Tak wiec „”300″” nie jest filmem na który warto poświęcić dwie godziny z życiorysu. Są o wiele ciekawsze ekranizacje komiksów, żeby wspomnieć o „”Sin City””, jest tez lepszy obraz o nawalance w czasach starożytnych, i w nim również główny bohater tuz przed śmiercią ma wizje buszowania we zbożu (ciekawy zbieg okoliczności, nieprawdaż ?). A jak juz ktoś chce pooglądać film o bitwie w wąwozie termopilskim to niech zobaczy „”300 spartan”” z 1962 (który inspirował Franka Millera do narysowania komiksu) – jest conajmniej o klasę lepszy.

Moja ocena 3/10.

Share