Menu

Niezasłane łóżka (Unmade beds), W. Brytania 2009

2 marca 2010 - Recenzje

Na początek muszę się przyznać, że bardzo lubię takie kameralne komedie romantyczne nie nasiąknięte główno nurtową poetyką, gdzie główni bohaterowie mogli by żyć na sąsiedniej ulicy – a ich koleje losu nie są zbyt dziwaczne jak na naszą szarą rzeczywistość. Jak chociażby niedawno przeze mnie widziane „Nick and Norah’s Infinite Playlist” – które na pewno zagoszczą wkrótce na mojej półce z ulubionymi filmami. Po przeczytaniu opinii na temat „Niezasłanych łóżek” miałem podobne oczekiwania. Bowiem ta komedia dostała bardzo pochlebne recenzję podczas swojego wyświetlania na festiwalu w Sundance. Co prawda gdy miałem okazję zobaczyć zwiastun tego filmu, pewne obawy zaczęły się rodzić z tyłu mojej głowy – ale szybko zostały odrzucone, bowiem w dzisiejszych czasach większość produkcji ma takie zapowiedzi. Takie, które nie dość że opowiadają całą fabułę, to jeszcze na siłę usiłują zmieścić w sobie najciekawsze sceny i dialogi. I taki jest i zwiastun „Niezasłanych łóżek”.

Ale wracając do filmu. Najważniejszą jego wadą są bohaterowie. Dwójka osób zachowujących się mało racjonalnie – by nie powiedzieć ostrzej, których usta pełne są banałów i głupstw udających Wielkie Życiowe Mądrości, a których działania kompletnie nas, widzów, nie interesują. W ogóle cała atmosfera filmu, dziejąca się w środowisku przesiąkniętym fin de siecle wydała mi się równie sztuczna co i naciągana. Ok., ja rozumiem, że nie obracałem się w takich środowiskach i nie squatowałem w Lądku Zdroju – ale mimo wszystko. Facet który po pijaku kompletnie nie wie co się z nim dzieje, a mimo to pije cały czas. Kobieta której zależy na facecie, ale mimo wszystko robi wszystko by go stracić, dziękuję, ja wysiadam i poczekam na „normalniejszy” film.

Innym sporym rozczarowaniem dla mnie była muzyka w tym filmie. Zapowiadało się, że na ścieżce dźwiękowej uda się posłuchać czołówki niezależnej sceny londyńskiej. Ale tak na dobrą sprawę najlepiej wypada pewien włoski przebój grany ze starej gramofonowej płyty. A poza tym słyszymy sporo kawałków na poziomie podobnym do atmosfery filmu. Czyli niewciągające i sztuczno brzmiące. A szkoda. Przecież taki, wspomniany wcześniej, „Nick i Norah”, był kopalnią zespołów zasługujących na miejsce w mp3 plejerze każdego szanującego się wielbiciela niezależnej sceny muzycznej…

Moja ocena: 3/10

Share