Menu

Geteborg

5 grudnia 2009 - Wycieczki

Na początek mała bura dla autora tego opisu – I rada dla wszystkich czytających. Przed wyjazdem gdziekolwiek należy sprawdzić czy przypadkiem nie ma w terminie wycieczki jakiegoś święta. To zrobiłem – natomiast nie sprawdziłem czy jest ono bardzo świątecznie i powszechnie obchodzone. Okazało sie, ze noc świętojańska jest w Szwecji ważnym świętem, które powoduje, że większość zarówno centrów rozrywek jak i sklepów jest pozamykana. A te, które są otwarte – są również oblegane przez tubylców. A o tym sie przekonałem na własnej skórze, kiedy przyjechałem do Geteborga w sobotni poranek i okazało się, ze nawet biuro informacji turystycznej znajdujące sie w pobliżu dworca jest zamknięte. Gdy chciałem sobie kupić tamtejsza kartę turystyczna, to musiałem poszukać drugiego punktu informacyjnego – znajdującego sie gdzieś w centrum, ale w nieznanym mi miejscu. Na szczęście się to udało i mogłem skoncentrować sie na zwiedzaniu.

I tu kolejne rozczarowanie – miejsca zabytkowe i muzea tez były zamknięte. Przynajmniej te w centrum. Wiec musiałem troszeczkę pozmieniać wcześniej przygotowany plan. Korzystając, z faktu, ze znajdowałem sie w centrum, w pobliżu portu z zachwalanym w przewodnikach punktem widokowym, stwierdziłem, ze sie nań wybiorę, napije sie kawy i przemyślę sprawę na spokojnie. Na szczycie jednego z najwyższych budynków miasta znajduje sie taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę miasta. Dobrze, ze był otwarty, gorzej, ze nic tam nie było – ani możliwości napicia sie czegokolwiek, ani za bardzo miejsca by sobie w spokoju usiąść. Te kilka krzeseł, które tam było, były juz okupowane przez innych spragnionych widoku turystów. Wiec nie pozostało mi nic innego, jak po zrobieniu kilku fotek udać sie w dalsza drogę.

Wiedziałem, ze co, jak co, ale park rozrywki będzie na pewno otwarty w taki dzien. A to chyba było jedyne możliwe rozwiązanie na spędzenie reszty dnia. Na szczęście okazało sie, ze znajdujące sie tuz obok Universum, czyli placówka poświęcona florze i faunie naszej planety jest również otwarta. Jest to kilkupiętrowa wystawa poświecona przyrodzie. Zaczynając zwiedzanie od góry możemy śledzić zwierzęta od strefy polarnej aż po równik. Są tam akwaria z rekinami, i z pospolitymi rybami rzecznymi. Jest nawet miejsce, w którym odważni mogą pogłaskać płaszczkę po grzbiecie… Są małpki, ptaszki i różne gadzie ustrojstwa. Przed wejściem najlepiej jest zostawić wszelkie wierzchnie okrycia w szatni – bowiem w tropiku można sie nieźle spocić. W drugiej części wystawy można poeksperymentować z różnymi zjawiskami fizycznymi – rzecz bardziej dla dzieci niż dorosłych, ale oni tez mogą sie nieźle bawić.

No ale, wystarczy już zabawy z matka ziemia i czas na troszkę adrenaliny. Pierwszym znakiem ostrzegawczym dla mnie powinna być kolejka jaka kłębiła sie przed wejściem do parku rozrywki. Bo bardziej przypominała czas, gdy rzucili pomarańcze do sklepów niż cokolwiek innego. No, ale posiadacze kart rocznych i miejskiej karty turystycznej mogli wejść boczna furtka. Niestety to była jedyna kolejka, która można było ominąć. Ale nie da sie ukryć, ze atrakcje w tym parku są bardzo fajne i warte skorzystania. Szczególnie atrakcje wodne – aczkolwiek po skorzystaniu z nich należy sie wysuszyć i zmienić ubranie Natomiast chodząc po domu duchów w półmroku, po różnych dziwnych pokojach jest sie straszonym przez aktorów. Może nie jest to aż takie straszne, ale na pewno jest to interesujące przeżycie. Szkoda tylko, ze do każdej z atrakcji była, co najmniej półgodzinna kolejka. A do tych ciekawszych godzinna. Ale tak jak pisałem wcześniej – tak to jest jak sie wybiera do prawie jedynej czynnej atrakcji w półmilionowym mięście. I tak, nadspodziewanie szybko, minął mi pierwszy dzień w tym mięście. Następnego dnia trzeba było mocno skondensować punkty programu tak, by móc zobaczyć wszystkie przewidziane atrakcje…

Następny dzień zaczął sie dość wcześnie, bowiem juz o 10 musiałem sie zameldować na nadbrzeżu, gdzie znajduje sie muzeum okrętowe (Maritman) z flota kilkunastu okrętów udostępnionych zwiedzającym. Od latarniowca, poprzez transportowiec aż po niszczyciel i okręt podwodny. Bardzo fajne miejsce do zwiedzenia, ale nie da sie ukryć, ze troszkę męczące, ponieważ ilość trapów i schodów do przebycia jest spora. I raczej nie dla osób cierpiących na klaustrofobie. W niszczycielu wręcz można się pogubić – tyle jest w nim zakamarków. A okręt podwodny jest bardzo ciasny. Na, tyle, ze do kiosku z plecakiem na plecach miałem problem by wejść. Dobrze, ze nie miałem okazji służyć na czymś takim…

Dla wyrównania emocji związanych z ciasnymi wnętrzami i chybocącym sie pokładem pod nogami poszedłem następnie do muzeum miejskiego (Stadsmuseum). Średnio interesująca ekspozycja o historii miasta, która starała sie pokazać całość dziejów regionu, ale tak naprawdę wszystko było pokazane strasznie po łepkach i przez to mało wciągająco. Szczerze mówiąc, to jedyna rzeczą, która mi została w pamięci po pobycie w tym muzeum jest fakt, iż podaja w tamtejszej kawiarence całkiem dobra kawę i ciasteczka. A to chyba nie jest dobra rekomendacja wizyty w placówce muzealnej…

No ale nie można było za długo siedzieć w kawiarni, jeśli było jeszcze sporo zwiedzania przede mną. Wsiadłem do tramwaju i pojechałem w kierunku monumentalnego budynku wieńczącego główną aleje Geteborga. Ale zanim doń dotarłem to po drodze wysiadłem przystanek wcześniej, gdzie znajduje sie muzeum poświęcone wzornictwu przemysłowemu(Rohsska). Można w nim sie sporo dowiedzieć na temat tak zwanego szwedzkiego stylu projektowania, którym sie tubylcy bardzo chwała. Nie wiem czy to jest aż tak ciekawe, ale na pewno warto zobaczyć kolekcje paruset wyciskarek do owoców w przeróżnych kształtach i kolorach. A poza tym? Nic takiego specjalnego, co można by nazwać obowiązkowym.

I w końcu – juz na piechotę – dotarłem do chyba najciekawszej placówki w tym mieście – czyli muzeum sztuki (Goteborgs konstmuseum). Znajduje się ono w monumentalnym budynku, do którego prowadza równie posagowe schody z placu na którym znajduje sie pomnikowa wręcz fontanna. Ale aż tak bardzo nie wygląda to groteskowo jak brzmi. A w środku możemy zobaczyć wystawy czasowe poświęcone współczesnej sztuce, oraz wystawy stale poświęcone rzeźbie oraz malarstwu bardziej klasycznemu. Zarówno twórców skandynawskich, jak i najbardziej uznanych światowych. To pozycja obowiązkowa programu dla każdego zwiedzającego to miasto. No i trzeba sobie troszkę czasu na to miejsce zarezerwować, bo gmach jest nie tylko monumentalny z zewnątrz, ale również duży w środku.

Potem wybrałem sie w troszkę dalszy rejon miasta, by trafić do muzeum historii naturalnej(Nuturhistoriska), gdzie znajduje się ponoć jedyny na świecie wypchany wieloryb. Muzeum to znajduje sie na uboczu i niczym sie nie różni od tego typu placówek na świecie. Właśnie, czy to jest jakiś wymóg, ze tego typu placówki zawsze przypominają stare muzea z przykurzonymi gablotami i paniami bacznie patrzącymi by oglądający nie dotykali eksponatów? W położonym obok parku znajduje sie ogród botaniczny, ale nie miałem czasu by go zwiedzić.

Również w pewnym oddaleniu od centrum znajduje sie muzeum poświęcone życiu na morzu, z bardzo atrakcyjnym akwariami (Sjofartsmuseet Akvariet). Właściwie to one były celem mojej wizyty w tej placówce. Możemy w nich bowiem poobserwować tropikalne ryby rafy koralowej z bliska, nacieszyć sie ich kolorami i zobaczyć jak w symbiozie egzystują z roślinami. Są tam również akwaria z rybami z bliższych nam rejonów. Poza tym, znajduje sie tam typowa wystawa dotycząca życia na morzu, miedzy innymi modele statków i portów, elementy wyposażenia, a nawet cale kabiny przeniesione ze statków. Obok placówki jest również pomnik upamiętniający zony czekające na powrót marynarzy z morza. Ze szczytu jego cokołu można podziwiać panoramę portu i miasta – ale należy pamiętać o tym, ze jest to dostępne dość krótko – bodajże do 14.

I to juz prawie koniec mojego pobytu w tym interesującym, choć może nie aż tak jak sie spodziewałem mieście. Skorzystałem jeszcze z możliwości jakie daje karta miejska i przepłynąłem sie łodzią po kanałach, której to przejażdżki celu za bardzo nie rozumiem, szczególnie jeśli chodzi o plącących uczestników. Dla mnie to było zwykle zużycie części czasu pozostającego mi do pociągu (zwłaszcza, ze inne miejsca, które mógłbym odwiedzić były juz pozamykane). Wycieczka łodzią po kanałach i porcie zajęła ok. 45 minut. Podczas niej dowiadujemy sie kilku informacji możliwych do przeczytania w każdym przewodniku. Jedynym ciekawszych momentów jest przepłynięcie pod tak niskim mostem, ze trzeba przetestować czystość podłogi…

Ostatnią częścią pobytu był ogród tamtejszego Towarzystwa Ogrodniczego(Tradgardsforeningen) z imponującym rosarium, w którym znajduje sie ponoć 3 tysiące różnych gatunków róż. Jest to przepiękne miejsce z rozległymi trawnikami do spacerów oraz wręcz upajającym zapachem, i oszałamiającymi widokami setek czy może nawet tysięcy kwiatów. A że również tam można znaleźć kawiarenkę, to kawa wśród tych pięknych okoliczności przyrody była dla mnie czymś obowiązkowym. Na sam koniec niespodziankę zorganizowała mi pogoda, która nie mogła sie przez cały dzień zdecydować czy ma padać czy tez świecić słońce. Zdecydowała sie w końcu na obie rzeczy naraz i gdy wyjeżdżałem z miasta żegnała mnie przepiękna tęcza…

Share