Menu

Malmo

5 grudnia 2009 - Wycieczki

Lotnisko w Malmo jest dość małym i regionalnym portem, którego rozwój skutecznie ograniczył nieodległy port lotniczy w Kopenhadze. Dlatego teraz służy ono głównie do połączeń lokalnych, czarterowych oraz – z której miałem okazje skorzystać – taniej linii łączącej Polskę ze Szwecja. Jedynym polaczeniem z miastem są autobusy Flygbussarny, popularnego tutaj operatora połączeń pomiędzy lotniskami a miastami. Który nie jest aż tak tanim rozwiązaniem. Koszt przejazdu na lotnisko był dla mnie niewiele mniejszy od ceny biletu lotniczego. Ale nikt nie mówił, ze Szwecja to tani kraj…

Po krótkiej podróży z lotniska, przez dość sielskie i mocno rolnicze tereny wjeżdżam do celu tej wycieczki. Paręsettysięczne miasto, po którym wcale tej wielkości nie widać. Wkrótce wysiadam z autobusu przed dworcem kolejowym który jest początkiem mojego zwiedzania. Sama stacja w sobie nie jest niczym ciekawym, taki mało ciekawy budynek, który z zewnątrz sprawia dużo lepsze wrażenie niż w środku. Bowiem w hali dworcowej jest znany nam z Polski obrazek – pełno ludzi, wąskie przejścia zastawione przez ogródek gastronomiczny i kioski z prasa… Na szczęście nie spędzam tam zbyt długo czasu, tylko próbuje wydostać sie na stronę prowadząca nad nadbrzeżne dzielnice miasta. Niestety jest to troszkę skomplikowane bowiem aktualnie dworzec jest w środku przebudowy mającej na celu podłączenie do budowanego tunelu łączącego go z mostem przez Oresund. Dzięki temu skróci sie czas podróży i zlikwiduje konieczność zmiany czoła pociągów przelotowych. Ale póki co troszkę to przeszkadza – bowiem by wyjść z dworca musiałem przechodzić przez sklep, normalne wyjście na ta stronę jest nieczynne.

Ale w końcu udało mi sie przejść przed dworzec i wyjść nad pobliski kanał portowy. Znaczy był to kiedyś port, ale teraz jest to teren nad którym górują kilkupiętrowe, niedawno wybudowane, biurowce. Wiec w sobotni poranek jest to mocno wymarły teren. Co ma ten plus ze można sie cieszyć okolica w spokoju. No ale, to nie jest najbliższy cel mojej wycieczki. Najpierw musze dotrzeć do tutejszej hali targowej. W tym celu przez dwa mosty zwodzone mijam kanały i wchodzę w dzielnice, która jeszcze niedawno była pełna przemysłu, głównie stoczniowego. Teraz przypomina o tym zachowanych kilka hal, przerobionych na biura. Tak swoja droga to ciekawy jest podział na część biurowa, znajdująca sie troszkę w głębi lądu i mieszkalna tuz nad brzegiem morza. Szybko przemierzam wymarłą dzielnice biurowa, puste parkingi i dość zatłoczony skate-park. Który został dość sprytnie tutaj umieszczony – bowiem nikomu nie będzie przeszkadzał hałas jaki towarzyszy bawiącej sie tam młodzieży.

Po chwili widzę przed sobą ogromna sylwetkę hali „Malmo Messam”, w której odbywa sie aktualnie skandynawska konwencja s-f. Nigdy na takim czymś nie byłem – a obraz jaki sie kształtuje w popkulturze jest na tyle kuszący, ze stwierdziłem iż warto odwiedzić takie miejsce. Na początek lekkie zaskoczenie, bowiem zajmuje ona zalewie ułamek powierzchni hali, wielkości niewiele przekraczającego boisko do piłki ręcznej. Ale ludzi jest dość sporo i przeważnie trzeba sie przeciskać by iść naprzód. Po chwili stwierdzam, ze słowo konwencja jest mocno na wyrost. Ot, zwykły targ na którym można kupić wszystko co związane jest z filmami s-f. Zaczynając od replik broni używanej w filmach, poprzez figurki bohaterów aż to zdjęcia aktorów z autografami (Peter Jackson w promocji – jedyne 990 SEK za zdjęcie z autografem w ramce). No i najważniejsze – można sobie zrobić (za 250 SEK) zdjęcie z pewnym aktorem, który niecałe 20 lat temu miał zaszczyt grac u boku Arniego w sequelu filmu, będącego kamieniem milowym gatunku. Ale za to można było zobaczyć paru przebierańców – kilku szturmowców imperium, Leloo, Spidermana w mocno zgrzebnym stroju i niezbyt kanonicznego Dartha Maula. Bo jego oryginalny strój raczej nie uwydatniał tak bardzo obfitego biustu…

Ale czas skończyć podziwianie s-f i zacząć zwiedzać miasto. Pierwszym punktem jest najwyższy budynek mieszkalny w Skandynawii czyli „Tourning Torso”. Dziwnie zakręcony wokół swojej osi, mimo krótkiej historii będący juz jednym z głównych symboli miasta. Na pewno mieszkanie w nim jest warte pieniędzy nań wydanych – ale niestety nie można sie o tym przekonać, bowiem nie jest on udostępniony do zwiedzania. Co jest zrozumiale – kto by chciał by po korytarzach w jego bloku sie jacyś obcy pałętali. Niemniej blok z dołu wygląda bardzo interesująco – szczególnie ze wchodzi sie do niego po mostku nad czymś co przypomina fosę.

Obok wyrosła cala dzielnica nowoczesnych kilkupiętrowych bloków mieszkalnych. Cały teren wokół nich jest dość mocno dopracowany urbanistycznie. Troszkę zieleni tam, strumyczek tu – a gdzieniegdzie placyk z ławeczkami dla mieszkańców. I w takim piennym otoczeniu zmierzam w kierunku morza. Samo nadbrzeże tez jest zurbanizowane – ale dzięki temu uzyskana została przepiękna promenada z widokiem na przeciwległą Kopenhagę oraz na most do niej prowadzący. Która jest celem wycieczek mieszkańców całego miasta – bowiem jest tam w słoneczne dni sporo ludzi spacerujących. Idąc wzdłuż niego, w kierunku centrum wkrótce trafiam na malutki port jachtowy i znajdujące sie po jego drugiej strony rozlegle tereny zielone. Jest tam zarówno sporo rozległych miejsca na piknik – czy tez na puszczenie latawców, jak i obok znajduje sie miejska plaża. Z której jednak nie miałem okazji skorzystać – bowiem przyjechałem tutaj zwiedzać a nie wylegiwać się…

Idąc wzdłuż kolejnego kanału, odchodzącego od wcześniej wspomnianej mariny mijam halę sportowa i wkrótce docieram do ogrodów zamkowych, o których za chwilkę. Bowiem najpierw odwiedzam znajdujące sie obok muzeum techniki. Właściwie jest to zlepek kilku wystaw, które są umieszczone w jednym budynku. Na początek mile zaskoczenie, bowiem bilet jest dość tani i pozwala na obejrzenie zarówno tutejszych wystaw, jak i pobliskiego Domu Komendanta i Zamku. Jako pierwsza oglądam wystawę bardziej dla młodych wielbicieli techniki, bowiem jest ona interaktywna i pozwala na przeprowadzanie wielu eksperymentów fizycznych na własną rękę. I nie da sie ukryć, ze starszy zwiedzający może również wiele zabawy na niej znaleźć. Nie da sie ukryć ze mi sie to podobało i z niecierpliwością będę czekał na otworzenie warszawskiego Centrum Kopernika, które ma sie zajmować czymś dość podobnym. Ale wracając do Malmo – na kolejnych piętrach znajdują sie wystawy poświęcone lotnictwu (z myśliwcem Saab z demobilu) i samochodom, głównie szwedzkiej produkcji. Po ich zwiedzeniu – w okresie letnim – na dziedzińcu muzeum dostępny jest okręt podwodny. Wchodząc do środka można sie przekonać jak spartańskie warunki są przewidziane dla marynarzy. I podziękować, ze nie miało się okazji spędzić miesięcznego patrolu na morzu… Kolejna częścią ekspozycji jest wystawa przedmiotów codziennego użytku mieszkańców miasta z podziałem na dekady. Interesująca rzecz, aczkolwiek dość szybko sie ja przegląda. Podobnie zresztą jak ostatnia cześć muzeum czyli ekspozycja o powiązaniach Skanii, której stolica jest Malmo z morzem. Składają sie na nią makiety okolicznych portów, oraz fragmenty pomieszczeń z różnych statków.

Obok muzeum techniki znajduje sie malutka uliczka będąca targiem rybnym, na którym można znaleźć ogrom świeżo złowionych ryb. Ale trzeba ja odwiedzać wcześnie, bowiem juz wczesnym popołudniem jest ona zamykana. Ale to jest raczej atrakcja dla osób pozostających w mięście dłużej. Troszeczkę dalej jest Dom Komendanta(Komendanthuset). Jest to średniej wielkości dom przypominający stodole, w którym odbywają sie wystawy sztuki współczesnej. Nie był on w planie mojej wycieczki, ale skoro miąłem bilet wstępu i troszkę czasu – to nie odmówiłem sobie tej przyjemności. Najwyraźniej Szwedzi podobnie jak ja nie są zbytnimi miłośnikami współczesnej fotografii społecznej, bowiem przez cały czas pobytu w tej placówce byłem sam. I nie da sie ukryć, ze słusznie zrobiłem nie uwzględniając tego miejsca w planach – wystawa raczej nie była warta zapamiętania.

Idąc wzdłuż uliczki sąsiadującej z kanałem można zaobserwować pozostałości po sieci tramwajowej w Malmo i udać sie na Zamek(Malmöhus). Jest największe muzeum tutaj i miejsce które na pewno warto odwiedzić. Na parterze znajduje sie muzeum historii naturalnej, na pierwszym piętrze wystawa poświęcona historii zamku i ogólnie regionu, a na drugim są wystawy czasowe. Pierwsza ekspozycja jest raczej dla całych rodzin, bowiem oglądanie terrariów z mniej lub bardziej egzotycznymi rybami, płazami i gadami to zadanie na rodzinną weekendowa wycieczkę niż na odwiedziny innego kraju. Podobnie jak wypchane zwierzęta z różnych rejonów świata. Ciekawsza jest dopiero wystawa architektoniczna o pradawnej historii tego rejonu. Po krótkim obejrzeniu przedmiotów wykopanych podczas kopania tunelu o którym wspomniałem na samym początku tej relacji, przechodzę do najbardziej mnie interesującej wystawy o historii tego zamku i jego mieszkańców.

Jest to duża i bardzo ciekawa wystawa opisująca głównie burzliwą historię XVII wieku – kiedy miasto to zaczęło ten wiek pod panowaniem Duńczyków, a skończyło będąc częścią Szwecji. Jest tutaj sporo ciekawych pamiątek, łącznie z komnata w której sypiał Król szwedzki kiedy odwiedzał ten zamek oraz bastiony artyleryjskie w których są informacje i zabytki po Karolu X, który nie tylko odbił to miasto od poprzednich właścicieli, ale również wpisał sie na trwale do polskiej historii – będąc odpowiedzialny za Potop. Ostatnia częścią muzeum zamkowego jest wystawa czasowa, która – w czasie moich odwiedzin – opowiadała o wpływach romantyzmu na współczesną sztukę. Średnio interesująca wystawa, ale tak jak wcześniej wspominałem – aż takim fanem sztuki współczesnej nie jestem.

Po wizycie w zamku czas na odetchnięcie świeżym powietrzem i skorzystanie z pięknej pogody i wiosennego słońca. Obok bowiem jest duży park, który jest pozostałością po zamkowych ogrodach. W części sąsiadującej z zamkową fosa należy uważać i patrzeć pod nogi, bowiem sporo jest tutaj wszelkiego rodzaju ptactwa wodnego i pozostałości po nich – a nie wygląda na to by ktoś sie przejmował sprzątaniem tego. Natomiast w dalszej części parku znajduje sie sporo ścieżek spacerowych poprzecinanych kanałami, na których można obserwować kajakarzy, jak i stawami, nad którymi można sobie usiąść i odpocząć kontemplując piękno otaczającego nas świata.

Ponieważ jeszcze nie był to koniec planów na ten dzień, to po krótkim odpoczynku ruszyłem w dalsza wędrówkę, kierując sie do zabytkowego centrum i jego trzech rynków. Jako pierwszy mogłem zobaczyć uroczy mały rynek, którego większość zajmują kawiarniane stoliki, które są ulubionym miejscem mieszkańców do rozgrzewki przed szaleństwami weekendowych wieczorów. A przynajmniej tak słyszałem – bowiem nie mogłem zbyt wiele czasu tam spędzić i sprawdzić to samemu. Tuz obok znajduje sie duży rynek, który nie ma w sobie nic ciekawego – może poza pomnikiem wspomnianego wcześniej Karola X. Nawet nie ma na nim zbyt dużej ilości miejsc do odpoczęcia sobie przy jakimś napoju wyskokowym. Może poza buda z hamburgerami na środku. Podobnie ma sie sprawa z trzecim śródmiejskim rynkiem, czyli tym Gustawa Adolfa. Nic ciekawego, plus buda z żarciem na środku. Ale od niego wiedzie główny miejski deptak. Przy którym znajduje sie sporo knajp, restauracji i sklepów, i który do późnych godzin nocnych tętnią życiem. Miąłem okazje go przejść całego, bowiem byłem umówiony ze znajomymi w znajdującym sie w dalszej części miasta klubie.

Skoro jest okazja zobaczyć co interesuje tubylców – to zawsze należy z tego skorzystać, szczególnie jeśli w tym klubie jest koncert formacji która od wielu lat utrzymuje sie na rynku. Na początek spory szok dla mnie – czyli fakt iż chyba jedna trzecia słuchaczy koncertu wyposażona jest w zatyczki do uszu. Cóż, zawsze mi sie wydawało, ze na koncert idzie sie posłuchać muzyki a zatyczki troszkę w tym będą przeszkadzać – ale co kraj to obyczaj… Co do samego koncertu – całkiem interesująca rzecz, która w takim samym stopniu koncentrowała sie na przedstawieniu jak na muzyce. Dla bardziej zainteresowanych duńskim, bowiem z tego kraju pochodziła kapela, punk-rockiem, warto poszukać w Internecie kapeli „Disneyland after dark”, z prawnych powodów zwanej od jakiegoś czasu D-A-D.

Ostatnim akcentem wizyty w tym interesującym mięście było zakończenie dnia po koncercie – czyli powrót do centrum i odwiedzenie jakiegoś klubu. W Szwecji parkiety zapełniają sie dopiero po 23 i od tej godziny dopiero DJ gra głośniejszą muzykę – wiec i godzina zakończenia imprezy sie mocno przesuwa. I w przeciwieństwie do Polski w klubach widuje się osoby nie tylko młode, ale również w średnim wieku, które nie oszczędzają się na parkiecie. I nie wiem czy to jest specyfika tego klubu w którym miałem okazje być, czy tez jest to norma, ale cena piwa nie była zależna od jego marki, ale of tego ile sie go nalewało do kufla…

Share